Idę wolno krawędzią cembrowiny mroku wrzucając do niej stygnący blask dnia. Uważna jak pająk, którego ćma wzywa drganiem pajęczyny.
Świat zrzuca z siebie realność jak kieckę co w dzień nas zdobi a nocą nieznośnie uwiera. Ruszam na spotkanie czegoś, co mnie woła, a co wciąż zagłuszam jazgotem zwykłości. Miękki lot gacków plusk bobrzego ogona krzyk sójki, klangor żurawi tęskny nosowy hejnał - łabędzi krzykliwych.
Chłonę je łapczywie całą powierzchnią duszy pofałdowanej jak blaszki wtulonych w brzozę kurek. Lecz nagle dusza zamiera, bo odnajduje swą pieśń.
Wyrzucany z potężnej jeleniej piersi ryk co wypruwa bebechy tratuje, miażdży, przenika i mrozi nawet szpik. Łoskot z trzewi dzikości zakończony charkotem choć przeraża, jest skargą choć niski, dotyka nieba. Niewysłowiony i wolny Nie-do-ujarzmienia.
Przerwie go tylko pocisk co rozsadzi to serce Tak totalnie dosłownie buchające miłością, a czułą potęgę natury zmieni w ciało i krew.
To ciało nazwą tuszą, a jego krew - farbą, by oskórować króla z majestatu śmierci. Będzie leżał u stóp tych, którzy by nie śmieli stanąć z nim oko w oko bez dymiących strzelb. Zrobią sobie z nim zdjęcie z dumą licząc, ile miał lat i opijając zwycięstwo tubylczym toastem.
W pysk włożą gałązkę ostatni kęs z uczty życia a z jego serca wyrwą kość swego patrona resztę dając oprawcy na niedzielny gulasz.





