
To miała być zasiadka na kuliki wielkie, które wypatrzyłam na jednym ze spuszczonych stawów w Dolinie... Leżąc tak, co najmniej godzinę przed wschodem słońca patrzę przez obiektyw, który jeszcze w tych warunkach nie ostrzy, pomimo drastycznego zejścia z prędkości. Trwam w spokoju i ciszy sierpniowego przedporanka, który stopniowo i łaskawie odkrywa kontury świata... Sprawdzam działanie af i nagle aparat ostrzy na tym jednym źdźble trawy, na którym kołysze się lekko te pięć kropelek wody. Myślę o tym, czy doceniam jej wartość? W przyrodzie i w swoim życiu? Myślę o tym jak bardzo my ludzie schrzaniliśmy ten świat. Myślę o wysychających małych rzekach, zanikających rozlewiskach i osuszanych torfowiskach, o nieprawidłowym zarządzaniu zasobami wodnymi, osuszaniu terenów pod zabudowę, o tzw. patodeweloperce i ludzkiej chciwości, która nieuchronnie wiedzie nas ku zatraceniu. O instrumentalnym traktowaniu Natury i jej ciągłym wyzysku. Co daje nam cywilizacja i rozwój, skoro w gruncie rzeczy wykorzystujemy go przeciwko sobie samym? Nasza historia jest historią zanikania - rzek, gatunków roślin, zwierząt i ptaków...Smutne to... A kuliki wielkie nie przyleciały...
