W murach stacji ornitologicznej służebnice ptasiego zakonu co godzinę karmią pisklęta jerzyków i jaskółek oknówek wyrzucone ze swoich gniazd przez czcicieli cywilizacji.
Kontemplując tajemnicę życia karmią rozwarte w komunii dziobki kwilących opierzonych sierot niczym jaskółcze kapłanki.
Lecz latają tylko w błogich snach, gdy ptaszęta zasypiają syte, bo w ich zakonie zamiast habitów nosi się moro i wodery na szelkach a zamiast gregoriańskiego chorału słucha w jutrznię śpiewu trzcinniczków.
Ciche i pokorne służebnice piękna, co rozbija się o szyby wieżowców, które wyrzuca się ze stodół i chlewni strąca gniazda z nowych elewacji.
Ale one niestrudzenie i po cichu
nie głosząc tyrad, nie robiąc relacji
wypuszczają swe ptasie dzieci
ze szczytów martwych wieżowców,
by niosły w zatroskane niebo
ich modlitwy za konający świat.




