
Wyszedł z trzcin tuż przed świtem, we mgle, gdy światem władała tylko czerń i biel. A gdy tak szedł dostojnie, mijając ptasią gawiedź, która z nizin sinej tafli podziwiała jego potęgę, niebo zaczęło różowieć, tak jakby słońce w pąsach wychodziło mu naprzeciw. Żurawie, mewy i gęgawy na tajemny sygnał podrywały się do lotu na żerowiska - stado po stadzie - czyniąc na niebie gwar i tumult, jak przystało na heroldów zmiany. A on dostojnie szedł na swoją wyspę niczym skazaniec na wygnanie, zmęczony i zrezygnowany, lecz do końca pełen majestatu.

Myli się ten, kto myśli, że to księżyc jest antytezą słońca - idzie spać, gdy ono wstaje. W Dolinie Baryczy jest nią jeleń - król mroku i gęstwiny. Jest jak Hades, co lubieżnie podpatruje Persefonę na ukwieconej łące, lecz wybiera cień i mrok, bo tylko tam czuje się bezpiecznie. I nie wynika to z tchórzostwa, lecz mądrości - całe swe życie, mimo że jego potęga zatrważa, musi uciekać, unikać ludzi i wilków, jego jedynych i największych wrogów. Ta odwieczna walka o życie, przekazywana z pokolenia na pokolenie, zamieniła się w instynkt, który nakazuje mu kochać i żerować nocą, a odpoczywać za dnia.

Król uchodzi więc na wyspę, po to by nocą móc znowu królować nad Doliną. A słońce minuta po minucie zalewa świat czerwienią i oślepiającym złotem, odbierając jeleniowi władzę na kilka lub kilkanaście godzin i czule grzejąc jego potężne cielsko pokryte ciemną sierścią. Dzień budzi się więc tylko po to, by król gęstwiny i mroku mógł wreszcie odpocząć...



