U nas z Adamem te leśne, czy też stawowe wyprawy, to często dość spontaniczne decyzje. Siedzimy sobotę wieczorem przed Netflixem i zerkam w telefon, co tam pokazuje pogoda. Bo jak to z pogodą bywa, szybko się zmienia i z całego deszczowego weekendu, może się okazać, że znajdą się fajne okna pogodowe. Okazuje się, że niedziela rano, ma być bezdeszczowa. Szybko podejmujemy decyzję, że rano pobudka i ruszamy. Były negocjacje co do godziny wstawania i gruba analiza, w jakie rejony. Zostaliśmy przy godzinie 4.30 i pobliskich stawach.
Pobudka, jak to pobudka, gdy budzik dzwoni, albo czujesz się super, albo wyrywa Cię z głębokiego snu i jest ciężko. Ale nie ma co, wstajemy, ubieramy się, wkładamy do przyszykowanego już plecaka, jedzonko, oraz gorącą herbatę w termosach. Jeden piesek wstał z nami, drugi spał jak "zabity".
Wyruszyliśmy, i już na samym początku tej wyprawy, tuż przy domu, pojawił się Zając Szarak. Adam prowadził, więc ja, szybko wyciągnęłam aparat z plecaka i zaczęłam strzelać mu fotki.
Był cudowny, to nasz sąsiad, bo już kilka razy go widzieliśmy, jednak nigdy na tyle blisko, by zrobić takie fajne zdjęcia. Zajarani początkiem tej wyprawy ruszyliśmy dalej, jakiś kilometr później kolejny Zając, trochę młodszy, tylko obserwowaliśmy go, jak kica między domami w stronę pól. Piękny poranek, stwierdziliśmy i ruszyliśmy w nowe miejsca do poznania. Obadaliśmy tereny wzdłuż Baryczy, ale poza tym że słyszeliśmy dużą ilość ptaków, ciężko było coś wychwycić w tych gęstych koronach drzew, dlatego zawróciliśmy i podjeliśmy decyzję, że zmieniamy miejscówkę. W drodze powrotnej, między stawami, a Baryczą przystaneliśmy, by zjeść śniadanie. Szybko wypiłam jogurt, i wyskoczyłam z aparatem, marząc o tym, by zobaczyć i zrobić zdjęcie Bąka, który gdzieś "bączył" niedaleko nas. Odwracam się, a Adam gestykulując pokazuje, że coś jest przed autem, więc powoli ruszam i znów widzę cudownego Zająca, który siedzi, tuż przed maską auta, robię mu dwa zdjęcia i ucieka. Cudowne uczucie, być tak blisko natury. Wsiadam do auta i upijam łyk herbaty, bo pogoda naprawdę nieprzyjemna, słońce za chmurami, wiatr huleje. Chwilkę siedzimy i po pewnym czasie znów wraca Zając, staneliśmy mu na drodze, więc ominął auto i polecial dalej. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Można by rzecz, że to Zajęczy poranek. Gdy dojechaliśmy na nowe miejsce, z wielkiego drzewa zleciał wielki ptak drapieżny - Myszołów, udało się zrobić kilka zdjęć prosto z auta.

Myślimy, owocne obserwacje. Wysiadamy z auta i tym razem z ulgą zamocowałam aparat na statywie i znalazłam miejsce, w którym uważałam, że będę mogła coś "ustrzelić". Uwierzcie noszenie i utrzymanie aparatu, który waży ponad 3kg, jest bardzo wymagające, jak dodam do tego 2kg statyw, to po takiej wyprawie, jestem cała obolała. Będąc na "swoim" stanowisku, bacznie obserwowałam otoczenie. Adam poszedł szukać "swojego" punktu obserwacyjnego. Fotografuję od wielu wielu lat, kocham przyrodę i od zawsze marzyłam o takich wyprawach i o tym, by robić świetne foty. Jestem perfekcjonistką, i fotografować przyrodę, ptaki, zwierzęta w naturze, dopiero się uczę, dlatego cieszę się nowościami i tym, jak wiele ptaków udało mi się zobaczyć w ciągu tych dwóch lat. Już wiem, jak wiele z nich się nazywa i jak śpiewa, dlatego próbuję być cierpliwa i czekam w jednym miejscu, by móc zobaczyć lub też zrobić zdjęcie, które spełni moje oczekiwania. Najpierw pojawił się Bocian Czarny, z początku nie wiedziałam co to za ptak, ale gdy się zorientowałam szybko starałam się zrobić dobre foto.

Dla osoby, która od razu chce perfekcji, jest to często flustrujące, ale nie poddaję się, każda wyprawa to nauka. Były trzciniaki, łyski, perkoz, i inne ptaki już mi znane. Gdy Adam wrócił do mojej miejscówki, chwilę stoimy i obserwujemy, bo latały też żurawie, błotniaki, bociany, kaczki, aż nagle moim oczom ukazała się turkusowo-pomarańczowa strzała. Dosłownie przeleciała przed oczami mymi, z niedowierzaniem podziwiałam to cudo, które tak bardzo marzyłam zobaczyć i dnia 14.06.2026 roku, ok. godziny 7:10, moje oczy obserwowały przelot Zimorodka z jednego brzegu stawu na drugi. Moja radość, zachwyt nie miał końca, po prostu szczena mi opadła, spełniłam marzenie i zobaczyłam zimorodka, jeszcze tak blisko i tak długo, jak na tego ptaka. On trochę, jak Wilga, nieuchwytny, egzotycznie wyglądający. Pełna wdzięczności do tej obserwacji, wiedziałam, że pobudka o 4:30, była zdecydowanie dobrą decyzją, która pociągnęła za sobą, kolejne dobre decyzje, które dały taki efekt. Adam też go widział, ale on nawet ma piękne zdjęcie w swoim portfolio. Zdj. poniżej.

Pełni zachwytu nad dzisiejszym dniem, ruszyliśmy do domu, do piesków, co by dać tabsiki i jedzonko. Po drodze natrafiliśmy na dwie łanie, jedna buszowała w lesie, druga spokojnie przechodziła przez jezdnię. Nie uwierzycie, ale tą cudowną wyprawę zakończyliśmy kolejno spotkanym Zającem. Czekam na kolejną taką wspaniała wyprawę.
Ściskam mocno.
Agnieszka

